013
Autor nieznany, fotografia pocztówkowa LEONAR (liniatura), kupiona w Gdyni w 2009 r., 8,5×13,3 cm
Fotograforium lekko się przykurzyło, trochę się przypomniało po chwilach ciszy. Ale nie czas tutaj jest najważniejszy. Czas biegnie, zostawia za sobą ślady, ukrywa w szufladach przedmioty albo pozostawia je na półkach. Nie znika, tylko idzie do przodu. Czas pozwala się sobie przyglądać. Z czasem Czas staje się bliższy.
Pamiętam te wszystkie księżniczki i królewny, wystrojone, piękne i powabne stworzenia, zniewalające, śnieżne, z jednym bucikiem, usmarowane sadzą, choć ich miejsce bynajmniej nie pod miotłą, śpiące, księżniczki na latających dywanach i te będące łabędziami. Księżniczki, istotnie niezwykłe postaci, zawsze tragiczne. Dzisiaj przynajmniej wydaje mi się, kiedy do nich wracam, że wszystkie one niosą w sobie jakiś smutek, mimo pięknych uśmiechów i dygania w moją stronę. Otwieram wielkie pudło z książkami dla dzieci, tymi dawnymi i bardziej współczesnymi. To tam skrywają się za falbankami, za swymi lokami. Powycinane z papieru, unoszące się akwarelowo nad bielą.
Ciężki jest los księżniczek na sztywnych kartach książek.
Wieczorami znikają na półkach rozgrywające się w mroku historie.
012

Autor nieznany, fotografia pocztówkowa, na rewersie pieczątka: Rena Ejdulowna Narutowicza nr 26, kupiona w Gdyni w 2009 r., 8,9×13,9 cm
To był moment. Wszyscy siedzieli w salonie. Tylko na chwilę wyszłam zrobić sobie herbatę.
Pamiętam jeszcze jeden urywek stamtąd (przed tym zdarzeniem, czy po, to nieważne), jak wszyscy rzucali w siebie poduszkami (wcześniej nawet lalki latały pod sufitem)– starsi i młodsi – i było nam razem wesoło.
W kuchni była ciocia. Po zaparzeniu torebki w gorącej szklance wody udałyśmy się z powrotem do salonu. A tam rodzina siedziała i przeglądała stare fotografie (rodzinne, rzecz jasna). Wyciągnęli albumy i pudełka. Nie wiadomo kto zaczął – to było takie spontaniczne. Nawet ciocia, wchodząc, zapytała zdziwiona, skąd nas wzięło na te fotografie. Nikt nie wiedział. Nic nie szkodzi.
Wydawało mi się, że czas na tamtych obrazkach nie był wcale tak magiczny, zaklęty. Chyba nawet nie do końca chodziło o nie, o fotografie-przedmioty. Nawet, tak mi się wydaje, nie chodziło o fotografię-podróż (czy o samą podróż, ponieważ nie ma fotografii-podróży bez fotografii-przedmiotu). To był ten moment, czas teraźniejszy. Siedzenie razem w jednym salonie, w czasie, który ucieka.
Nie odtworzymy idealnie tamtej chwili. Ale ona była. I w tym właśnie była magia.
011
Autor nieznany, fotografia pocztówkowa, na rewersie napis ołówkiem: 1925, kupiona przez internet w 2009 r., 8,7×13,8 cm
Nahajka opiera się spokojnie o ramię, a właściwie o trójkąt prostokątny kołnierza. Co to znaczy mieć oparcie w tak rozległym kołnierzu. Można bez obaw się na nim rozłożyć, można w razie wątpliwości wszelkiej schować się gdzieś pod i nieść wraz z całym płaszczem w daleką podróż. A konna podróż zawsze jest daleka, zawsze jest pędząca. Pamiętam, to była wielka polana u podnóża gór. Rozciągała się na pewnej wysokości, powierzchnia spokojnej zieleni. Gdzieś wiła się droga, która krzyczała z siebie tętent. Był też wiatr między kopytami i nahajka. Ale wtedy nie było kołnierza. Góry lubią echo, szczyty wielbią promienie słońc, spadziste ściany słuchają dudnienia.
Dwóch strażników podróży – to jest czas i nadzieja. Mam taką zabawę, gdy spoglądam na fotografie próbuję odnaleźć spojrzenia. Próbuję odnaleźć osoby, które dały się wciągnąć w tą fotograficzną grę na całego – osoby spoglądające w obiektyw. To coś więcej niż scena utrwalona. To świadomość bycia odartym w jakiś niewyobrażalny sposób. Myśl, że zostało się gdzieś zapisanym. Bynajmniej nie chodzi o sam obraz, jako taki, ale o moment kontaktu w trakcie zawłaszczania. O inny wymiar bycia i niebycia. To jest chyba właśnie fotografia.
zostaw komentarz