005
Autor nieznany, Stalowa Wola ok. 1942 r., zbiory rodzinne, odbitka srebrowa, 6,6 x 9,6 cm
Zawsze było raźniej w cztery stopy, kiedy przemierzało się na ten przykład las i jego kręte drogi. Właściwie las zaczął się dawno temu i nie widać, aby miał zamiar się kończyć. W lesie, jak wiadomo, drzewo obok drzewa śpiewa od wielu lat własną pieśń o wzrastaniu, o wiatrach smagających, o przerażeniu żarem i leśnych towarzyszach. Leśni towarzysze, w wiecznej drodze wykładanej kamieniami i przeszywanej opadającymi pniami zamieniającymi się w kłody, przeszkody do przeskoku, zawsze są mile widziani.
Wszystko zaczyna się od otwierania okien. Najpierw wzrok, który jest osadzony na kiwających się nogach, ląduje wprost na szybach, za którymi na parapecie siada magiczny ptak. Ptak rozpościera potężne skrzydła z krasnymi piórami i wszystko jest już zupełnie inne. Multum myśli zaczyna biegać po pokoju, chowając się za zasłonami, odchylając firanki. Krasny ptak codziennie przysiada na krótką chwilę. Jest jak oddech zewnętrza, jak pogoń chmur po niebie. Wtedy właśnie zaczynamy pragnąć, zaczynamy podchodzić bliżej.
Skrzypienie ramy nie przeszkadza w niczym. Otwierają się okiennice i do wnętrza wpada ono. Jest tak samo długie, jak krótkie. Całe do poznania i nigdy niepoznane. To tutaj właśnie zaczyna się las. Siadamy więc na parapecie i wystawiamy nogi, wymachując nimi w pierwszej kolejności bardzo ostrożnie. Później można odchylać się do tyłu, by w końcu wyskoczyć.
Tam, poza kadrem, wiele już lasów spalonych.
Ta jest dla mnie szczególnie ciekawa, ponieważ jestem ze Stalowej Woli :-)