Fotograforium

014 + “Fotoplastikon” Jacka Dehnela

Opublikowany w Inne przez Kamila Rondo w dniu 25 grudzień 2009

Autor: prawdopodobnie Tadeusz Papuga, zbiory rodzinne, odbitka srebrowa, 6,5×9,3 cm

Na niebach tych wszystkich płyną obłoki różnej gęstości, rozpraszając próbujące się przez nie przebić światło. Każdy przechodzień nad głową rozpięte ma to własne niebo, stąd liczba mnoga przybiegła na pomoc w obrazowaniu. I każdy tak z tym niebem swoim podąża gdzieś przed siebie, ulicami obija się po ścianach, na rogach zawija czasami – to z bólu po obiciach, to ze strachu przed tym co zaraz. Zdawać by się mogło, że w pędzie tym kurczącym, bolesnym, winny twarze malowane czernią nas mijać. Twarze jednak można także napotykać anielskie, jakby wysłannicy w bramach piór pęk zagubili i w ramach uspokojenia siebie wybierali się na spacery, na których dziecięca ciekawość maluje im fizis w nieustający uśmiech i zadowolenie z odkryć. To ludzie, którzy potrafią zachwycić się smakiem suszonych malin w herbacie, rozweselić psa, który wydaje się być smutny, dzielić się czasem i słowem.  Mają nad sobą zawsze niebo wypełnione słońcami, nieważne, czy pod śladami wpełzają krople deszczu, a obok śnieg i burze piaskowe szaleją na swój sposób radośnie, nieznośnie. Pod śladami wolnych stóp czają się ich kroki.

A o książce, którą wczoraj w końcu ujęłam w księgarni w dłonie… To „Fotoplastikon” Jacka Dehnela, która to książka niedawno pojawiła się do cieszenia nią swych ócz. Nie spodziewałam się, że znajdę tam to, czym sama niedawno zajęłam się a propos starych fotografii znalezionych to tutaj, to tam.

„Fotoplastikon” to książka, w której zgromadzone stare fotografie autor okrasza swym słowem skądś płynącym (jeszcze nie wiem tak naprawdę, skąd biorą się słowa). Wigilijny tłok i pośpiech w sklepach nie pozwolił mi dokładnie przyjrzeć się całości, ale wiem jedno, że wrócę po nią i zabiorę ze sobą do domu. Rozsiądę się wygodnie i zacznę od końca, albo od początku. Dla uśmiechu, jeśli tylko humor dopisze, mogę nawet zacząć od środka.

013

Opublikowany w Inne przez Kamila Rondo w dniu 26 październik 2009

013_1Z_004Autor nieznany, fotografia pocztówkowa LEONAR (liniatura), kupiona w Gdyni w 2009 r., 8,5×13,3 cm

 

Fotograforium lekko się przykurzyło, trochę się przypomniało po chwilach ciszy. Ale nie czas tutaj jest najważniejszy. Czas biegnie, zostawia za sobą ślady, ukrywa w szufladach przedmioty albo pozostawia je na półkach. Nie znika, tylko idzie do przodu. Czas pozwala się sobie przyglądać. Z czasem Czas staje się bliższy.

Pamiętam te wszystkie księżniczki i królewny, wystrojone, piękne i powabne stworzenia, zniewalające, śnieżne, z jednym bucikiem, usmarowane sadzą, choć ich miejsce bynajmniej nie pod miotłą, śpiące, księżniczki na latających dywanach i te będące łabędziami. Księżniczki, istotnie niezwykłe postaci, zawsze tragiczne. Dzisiaj przynajmniej wydaje mi się, kiedy do nich wracam, że wszystkie one niosą w sobie jakiś smutek, mimo pięknych uśmiechów i dygania w moją stronę. Otwieram wielkie pudło z książkami dla dzieci, tymi dawnymi i bardziej współczesnymi. To tam skrywają się za falbankami, za swymi lokami. Powycinane z papieru, unoszące się akwarelowo nad bielą.

Ciężki jest los księżniczek na sztywnych kartach książek.

Wieczorami znikają na półkach rozgrywające się w mroku historie.

012

Opublikowany w Inne przez Kamila Rondo w dniu 12 sierpień 2009

012

Autor nieznany, fotografia pocztówkowa, na rewersie pieczątka: Rena Ejdulowna Narutowicza nr 26, kupiona w Gdyni w 2009 r., 8,9×13,9 cm

 

To był moment. Wszyscy siedzieli w salonie. Tylko na chwilę wyszłam zrobić sobie herbatę.

Pamiętam jeszcze jeden urywek stamtąd (przed tym zdarzeniem, czy po, to nieważne), jak wszyscy rzucali w siebie poduszkami (wcześniej nawet lalki latały pod sufitem)– starsi i młodsi – i było nam razem wesoło.

W kuchni była ciocia. Po zaparzeniu torebki w gorącej szklance wody udałyśmy się z powrotem do salonu. A tam rodzina siedziała i przeglądała stare fotografie (rodzinne, rzecz jasna). Wyciągnęli albumy i pudełka. Nie wiadomo kto zaczął – to było takie spontaniczne. Nawet ciocia, wchodząc, zapytała zdziwiona, skąd nas wzięło na te fotografie. Nikt nie wiedział. Nic nie szkodzi.

Wydawało mi się, że czas na tamtych obrazkach nie był wcale tak magiczny, zaklęty. Chyba nawet nie do końca chodziło o nie, o fotografie-przedmioty. Nawet, tak mi się wydaje, nie chodziło o fotografię-podróż (czy o samą podróż, ponieważ nie ma fotografii-podróży bez fotografii-przedmiotu). To był ten moment, czas teraźniejszy. Siedzenie razem w jednym salonie, w czasie, który ucieka.

Nie odtworzymy idealnie tamtej chwili. Ale ona była. I w tym właśnie była magia.